piątek, 1 listopada 2013

Krzyżowiec



 Króciutki obrazek, zapis snu. Inspirowany lekko Sapkowskim. Lekko.


Wokół panował chaos.
Broń walczących dźwięczała, zderzając się w paradach, ktoś wzywał Boga, ktoś inny darł się nieartykułowanie, gdzieś kwiczał zdychający koń.
Absolutnie nikt nie słyszał grafa Albrechta.
Albrecht miał to absolutnie w nosie, miał własne problemy. Koń stęknął dziwnie i zaczął się słaniać na nogach.
Zabili mu konia! Kto by myślał o wydaniu rozkazu?
Był ósmy stycznia roku pańskiego tysiąc czterysta dwudziestego drugiego, właśnie uciekali z Niemieckiego Brodu. Husyci, nie wiedział dlaczego, ale mieli nad nimi przewagę. Oto, co może zdziałać zaskoczenie.
Albrecht miał w dupie i Niemiecki Bród, który palił się za jego plecami, i husytów. Bardzo chciał za to wrócić do domu.
 – Skurwysyny! – warknął, zwalając się z konia.
Podniósł się niemrawo. Cieszył się, że nie ma na sobie pełnej zbroi, bo wtedy na pewno już by się nie podniósł.
– Konia mi zabili, przeklęci husyci!
Jeden z heretyków, z gębą wykrzywioną wrzaskiem, biegł w jego kierunku. W dłoniach trzymał rohatynę. Albrecht nie miał najmniejszej ochoty zaznajomić się z ostrzem, które Czech mógł wrazić mu w słabiznę.
Rycerz biegł więc przed siebie, a z oczu leciały mu łzy. Wicher wył potępieńczo, śnieg padał obficie. Ładny byłby to zimowy landszafcik, do powieszenia gdzieś na ścianie w zamku, niemniej jednak młody graf nie miał najmniejszej ochoty na bycie częścią obrazu batalistycznego, który malował się sam przed jego oczyma. Landszafcik to co innego. Wszyscy lubią ładne landszafty.
Dym z płonącego miasta wgryzał się w szare, ciężkie od chmur niebo. Ktoś chyba zajął się nieprzyjacielem z rohatyną, bo usłyszał wrzask. Makabryczny. Taki, od którego stają włosy na głowie.
Włosy na głowie Albrechta bez dwóch zdań stały dęba.
Trzeba przyznać, z Albrechta gówniany był bohater. Albrecht doskonale o tym wiedział, bo nigdy wojować nie lubił, ale ojciec coś krzywo na niego patrzył, więc młodzieniec postanowił zabawić się w krzyżowca. Miał dziwnie wyobrażenie o tym, że z krucjaty wróci bogaty i uznany, dzięki czemu ojciec przestanie zastanawiać się, czy oby Albrecht jest owocem jego lędźwi.
Ktoś mignął mu przed oczami. Ktoś nieodziany w zbroję, zatem graf pchnął mieczem: ostrze trafiło na opór, coś paskudnie mlasnęło, na napierśnik trysnęła krew. Albrecht miał ochotę zwymiotować, ale zupełnie nie było na to czasu. Wyrwał miecz z brzucha zabitego przeciwnika, rozejrzał się.
Kurzawa przybierała na sile.
Zobaczył konia, uciekającego galopem w jego stronę. Albrecht chwycił go za uzdę, ale nie zdążył nań wsiąść, ponieważ oberwał, tak mocno, że niemal obrócił się wokół własnej osi. Dostał prosto w zęby. Dłonią w kolczej rękawicy. Nie żeby to specjalnie poczuł, bo szczęka natychmiast mu zdrętwiała, ale prócz krwi wypluł też kilka zębów. Nie liczył ich, co to, to nie. Pozbierał się jakoś, choć z trudem, po czym wskoczył na konia. Poderwał go do galopu, myśląc tylko o tym, by jak najprędzej stąd uciec.
Kilka zębów to przecież tani koszt całej tej zabawy w krzyżowca.
Albrecht już nie chciał być krzyżowcem. Wcale a wcale.
Wykpił się, był niemal na czele grupy uciekających. W duchu podziękował swojemu Aniołowi Stróżowi, że pozwolił mu przeżyć ten dzień.
I właśnie wtedy to zobaczył.
Przed nimi była rzeka. Zamarznięta, ale Bóg jeden raczył wiedzieć, czy lód wytrzyma ciężar zbrojnych. Albrecht zostawił więc Bogu ten problem, dźgnął konia w słabiznę i wjechał na lód. Poczuł, jak nogi karosza rozjeżdżają się. Ogier zarżał przerażony, ale graf nie miał najmniejszego zamiaru się wycofywać. Zaklął szpetnie, próbując zmusić konia do dalszego biegu.
Nie było potrzeby wystawiania na próbę zdolności Anioła Stróża.
Jeśli nawet lód zatrzeszczał, Albrecht tego nie usłyszał. Poczuł, że koń nagle się zapada, że horyzont jest wyżej niż był chwilę temu. Usłyszał chlupot wody. Uderzył brodą w lód, ból w szczęce i dziąsłach odezwał się ze zdwojoną siłą. Pas z mieczem ciążył mu i ciągnął w dół, w toń, w której już zniknął przeklęty karosz.
Graf bardzo chciał przeżyć. Nie podobało mu się to, że nogi tak szybko zdrętwiały mu w zimnej wodzie. Poczuł, że osuwa się cokolwiek bezwładnie, więc wczepił dłonie w lód, na którym prędko pojawiła się krwawa ścieżka. Wrzasnął, gdy zdarł pierwszy paznokieć. Gdy schodził drugi, zareagował na to pełnym bólu stęknięciem, bo na nic więcej nie było go już stać. Czuł jak lód dudni, jak trzęsie się pod ciężarem jeźdźców i pieszych, z których nikt, absolutnie nikt, nie miał zamiaru mu pomóc. Omijali go szerokim łukiem, w obawie, że pod nimi również ten niepewny most się załamie.
I załamywał się. Gramoląc się bezładnie i brocząc krwią z ust i poranionych dłoni, Albrecht widział zapadających się w toń ludzi. Słyszał wrzaski. Jeszcze gorsze od tych, które rozbrzmiewały na polu walki. Uśmiechnął się do siebie, czując dziwną satysfakcję.
– Dobrze wam tak, przeklęte skurwysyny – wymamrotał.
A potem woda zamknęła się nad jego głową i graf nie poczuł ani nie powiedział już zupełnie niczego.

wtorek, 1 października 2013

Iwaszko

Tekst na konkurs nieistniejącego już SiSu "Piątek, piąta nad ranem". Zajął drugie miejsce. Jak zwykle zabawa, jak zwykle odwołania do kultury. Tym razem tak banalne, że nawet nie podpowiadam. 

Młodszy Lejtnant Bezpieczeństwa Państwowego Iwan Fiodorowicz Kieryfiew miał zły sen. Sen paskudny, krwawy i zupełnie niespodziewany. Znowu. Taki sam jak wczoraj, przedwczoraj, przedprzedwczoraj i w zeszły piątek też.
W śnie tym Iwana Fiodorowicza Kieryfiewa wieszano. Kto jeszcze wieszał ludzi? Chyba tylko pospolitych kryminalistów! Takie powieszenie to paskudna, powolna śmierć. No, chyba że uda ci się jednak skręcić kark, jeśli nieumiejętnie wykopią ci podnóżek. Jednak to nie wrażenie duszenia się było w śnie najgorsze, wcale nie. Iwan w swoim śnie nie wiedział, za co został skazany.
Bo Młodszy Lejtnant Bezpieczeństwa Państwowego Iwan Fiodorowicz Kieryfiew wolał się trzymać z daleka od spraw krwawych i niepewnych. Politycznie niepewnych, ma się rozumieć. Iwan, z racji młodego wieku pieszczotliwie zwany przez wszystkich „Iwaszko”, wierzył jedynie w politykę. Strach przyznać, nie wierzył nawet w towarzysza Stalina, nie. Wierzył w ideę. Jedyną słuszną, rewolucyjną.
Wdrapanie się na stołek, choćby najniższy, było szczytem jego marzeń. Przecież tylko ze stołka, nawet niskiego, można się przysłużyć rewolucji i mateczce Rosji. Związkowi Socjalistycznych Republik Radzieckich, znaczy się. Tak, to chciał pomyśleć. Związek. Republik. Socjalistycznych. Tak, tak.
Iwaszko zaklął cicho, wstał ostrożnie, tak by nie zbudzić małżonki starszego majora Białusowa. Nie patrzył na zegarek, wziął go tylko do ręki i wyszedł do kuchni. Zapalił światło, zmrużył oczy. Piąta rano. Znowu. Ostatnio przez te koszmary ciągle budził się o tej samej porze. Starał się nie myśleć o tym, że to dziwne. Lekceważył to. Miał inne zmartwienia na głowie: ot, chociażby żona Białusowa. Już dawno powinien zakończyć związek. Co z tego, że cały związek opierał się głównie na seksie? Zawsze to jakiś związek.
Z leżącej na stole paczki wyjął jednego papierosa, zapalił. Zaciągając się, mierzwił  i bez tego potargane włosy: ciemne, grube, chyba już odrobinę za długie. Potarł dłonią szorstki od kilkudniowego zarostu policzek.
– Który to mamy dzień tygodnia…? – wymamrotał niewyraźnie, przesuwając językiem papierosa z jednego kącika ust do drugiego.
– Piątek, siódmy kwietnia, mój drogi Iwaszko – odpowiedziało mu coś z kąta.
Drgnął, rozejrzał się. Nie dostrzegł jednak niczego prócz czarnego kocura. Kocur siedział w kącie, patrząc na niego świecącymi w półmroku, wielkimi oczyma. Iwan nie wiedział czyj to kot – ot, przychodził od czasu do czasu, pożarł, poleżał, po czym znikał. Chodził własnymi ścieżkami, jak to kot. Nie wyróżniał się niczym spośród innych dachowców. Tym bardziej dziwna była zdolność mówienia.
– Chyba śnię – mruknął.
– Chciałbyś. – Pysk kociska nie poruszył się, ale Kieryfiew znów miał wrażenie, że mówił on, nikt inny.
– W takim razie jestem pijany.
– Też nie, kochaniutki. – Tym razem w tym zachrypłym, stłumionym głosie dało się słyszeć coś na kształt kpiny.
Iwaszko zmarszczył brew, przyglądając się kotu, który machał nerwowo grubym ogonem. I dalej patrzył wprost na niego, Iwana. To było już bardziej niż niepokojące.
– Zwariowałem? – zaryzykował.
– Nie, Kieryfiew. Jest po prostu noc. W nocy dzieją się różne dziwy.
– Jaka tam noc! – żachnął się lejtnant, uznając, że przyjęcie do wiadomośco tego absurdu, jakim była rozmowa ze zwierzęciem, będzie najlepszą taktyką.
– Nie słyszałeś o diable, co przychodzi w nocy?
– Diabeł o trzeciej rano przychodzi, z godziny śmierci Jezusa kpiąc, nie o piątej rano! – zawołał, wyraźnie już poirytowany. Kto nie byłby poirytowany, rozmawiając z nieobytym w świecie zwierzęciem?
Kot roześmiał się.
– Patrzcie go, komunista, a wie!
– A co ma piernik do… - zacukał się, zachłysnął powietrzem, umilkł. – Czym jesteś? – zapytał.
– Och, nie bądź nieuprzejmy, Kieryfiew – burknął kocur.
Ogon zaczął mu się poruszać odrobinę szybciej, bardziej nerwowo. Mimo to, zwierzę ziewnęło z wyraźnym znudzeniem. Lejtnant zaklął siarczyście.
– Kim jesteś? – poprawił.
– Diabłem.
Iwaszko parsknął śmiechem.
– Diabeł nie istnieje.
– Nie? – Kot zmrużył lekko oczy. – A czy to nie ty dopiero co powiedziałeś, że diabeł przychodzi do ludzi o trzeciej by… Jak to było? Kpić z godziny śmierci Chrystusa?
Iwan Fiodorowicz Kieryfiew zamyślił się głęboko. Oto został zapędzony w kozi róg! I to przez kogo? G a d a j ą c e g o  k o t a.
– Czego chcesz? – zapytał podejrzliwie, mrużąc oczy.
– Och, skąd ta awersja, mój drogi Iwaszko? – mruknął diabeł, przeciągając zgłoski. – Nie jesteś uprzejmy. Czy wszyscy w Ludowym Komisariacie tacy są? Jeśli tak, nie dziwię się, że ludzie ich nie lubią – stwierdził. Odwrócił łebek, przyglądał się myszy, która przemknęła pod przeciwległą ścianą. Milczenie przeciągało się.
– Czego chcesz? – powtórzył pytanie Kieryfiew, starając się panować nad swoim głosem. – Czego ty ode mnie chcesz, panie diabeł?
Bies zaśmiał się, nagle dziwnie wesoły.
– Pan diabeł – zaczął z ironią – przyszedł cię ostrzec, Iwaszko.
– Ostrzec? – Mężczyzna zmarszczył brwi, wpatrując się intensywnie w czarnego kocura. Wstyd przyznać, nagle nabrał przekonania, że zwierzak zniknie w chmurze dymu, a na jego miejscu pojawi się prawdziwy diabeł, taki z racicami i rogami. – P-p-przed czym? – wyjąkał.
– Hm… – mruknął czart, udając, że nad czymś się zastanawia. – Powiedz mi, mój drogi, czy przypadkiem nie śnią ci się koszmary?
Kieryfiew zaburczał, zaklął pod nosem, pokręcił się niespokojnie na swoim miejscu. Z początku nie zamierzał odpowiadać, ale uległ pod naporem kociego wzroku.
– Każdy śni czasem coś złego – odparł wymijająco.
Diabeł zacmokał z dezaprobatą.
– Ja nie pytam ogólnie, tylko szczególnie. O ciebie, Kieryfiew. Czy śnią ci się koszmary? A w zasadzie… Jeden koszmar. Ten w którym jesteś w sądzie, ale nie słyszysz, o co cię oskarżono, słyszysz tylko wyrok. Natychmiastowo wykonany, bo przecież za każdym razem budzisz się, kiedy już pętla zaciska się na twoim gardle.
Iwan głośno przełknął ślinę.
– Skąd to wiesz?
Diabeł prychnął.
– Iwaszko, ja wiem o tobie wszystko.
To zdanie przestraszyło Kieryfiewa nie na żarty. Jeśli to mimo wszystko był sen, bardzo chciał się obudzić.
– Zgiń, przepa… – Czort przerwał mu głośnym, zimnym śmiechem. Kiedy już się uspokoił, rzucił z pogardą:
– Aleś ty głupi, Kieryfiew.
Iwaszko milczał. Nie mógł się z diabłem nie zgodzić. Przecież gadanie z kotem, który podaje się za diabła, nie świadczy o zdrowiu psychicznym. Pomyślał, że powinien to pieprzyć, przecież nie ma większego znaczenia, czy to jawa czy sen, czy jest zdrowy czy może zwariował.
– Przed czym chciałeś mnie ostrzec? – powtórzył pytanie, które zadał, nim diabeł zaczął opowiadać mu o jego koszmarze.
– Przed tobą samym – odparł. – My sami jesteśmy swoimi największymi wrogami – rzekł sentencjonalnie, chyba poważnie, ale Iwanowi zdawało się, że słyszy w jego głosie rozbawienie.
– Och – mruknął tylko Iwaszko, nie wiedząc zupełnie, co na takie dictum rzec. Nie wypada się przecież nie zgodzić z mądrze brzmiącymi słowami, bo można wyjść na zaściankowego idiotę. Iwan znał to z autopsji, z trudnych początków swej kariery z NKWD.
Diabeł chyba wyczuł niezdecydowanie mężczyzny, bo prychnął, po czym rzekł:
– Słuchaj mnie uważnie, Kieryfiew, bo dwa razy powtarzał nie będę. Wyjedź. Zniknij, jeśli jesteś za głupi, by nie rozumieć, że żona Biełusowa to tylko narzędzie. Jeśli jesteś mądry, wykorzystaj ją. Ale nie pieprz się z nią bezmyślnie, jak to miałeś do tej pory w zwyczaju.
Iwaszko osłupiał. Że niby Tania…? Uśmiechnął się głupkowato, zupełnie nie dając wiary gadaniu czarta.
– Ejże, diable, jakże to tak? Jak to…
– Iwan? – usłyszał głos Tani, odwrócił się więc gwałtownie.
Stała w progu, uśmiechając się zagadkowo.
– Co ty tu robisz? – zapytała.
– Wyszedłem… zapalić… – odrzekł powoli, na dowód podnosząc paczkę papierosów, którą ciągle trzymał w rękach.
– Mówiłeś przez sen.
Zaśmiał się.
– Nie, ja rozmawiałem… – Odwrócił głowę w stronę kąta, w którym siedział kot, ale nikogo tam nie było.

Ani kota, ani, tym bardziej, diabła. 

niedziela, 1 września 2013

Le Diable Rouge? cz. 2

           Dziś, w tych późnych godzinach nocnych, z dumą prezentuję drugą część opowiadania o dzielnym Manfredzie, Bismarcku sił powietrznych. W dzisiejszej części jest co najmniej jeden BEK (dla niewtajemniczonych: Brawurowy Element Komiczny), którego pomimo całej jego głupoty nie mogłam sobie darować. Są również co najmniej dwa odwołania do hitów polskiej kinematografii oraz trochę odwołań do popkultury. Kto je odgadnie, będzie mógł nosić dumnie na piersi order z ziemniaka. 
               Jedna rada: jak chcecie niespodzianki, to sprawdzajcie nazwiska i nazwy własne, większość z nich jest jak najbardziej prawdziwa. 

          Manfred uświadomił sobie, że nie ma najmniejszego pojęcia o życiu awiatorów. A uświadomił to sobie, próbując jakoś, choć trochę, zdecydowanie odrobinę, ogarnąć swoją kwaterę. Jako wychowanek szkół wojskowych liczył na normalne koszary i normalne pokoje, ale się przeliczył.
            Jak zwykle.
            Okazało się, że „kwaterami” pilotów są jaskinie. W każdej jaskini mieścił się jeden smok, ale zostawał skromny kącik dla pilota. W tym kątku ktoś był łaskaw rzucić na ziemię cienki, goły siennik. I nic więcej, koca, poduszki, nic, nawet głupiej, małej półki nie zamontowano, o szafie nie wspominając. Von Richthofen prychnął z niezadowoleniem, zastanawiając się, jak niby ma się tu rozpakować i rozgościć, jak żyć?
            Za plecami usłyszał chrobot, więc odwrócił się gwałtownie. Oto do jaskini wchodził… Nie, wtaczał się! Nie! Tarabanił się!  j e g o  smok, jeszcze bardziej pokraczny i nieproporcjonalny niż wydawał się być na polu podczas prezentacji.
            Życie właśnie napluło ci w twarz, mój drogi. Znowu.
            Smok obrócił się, próbując się chyba położyć i jednocześnie nie uderzyć głową o stalaktyty, więc jedyne, co mógł zrobić Manfred, to rzucić się plackiem na siennik. Nie oddychał również przez chwilę, bojąc się jakiejś kontuzji. Poczuł, że od cielska czerwonego smoka bije sympatyczne ciepło. Ale z drugiej strony równie dobrze to jemu mogło się zrobić za gorąco od nadmiaru wrażeń. Usiadł.
            – Pokrako, uważaj trochę, bo nie znajdziesz sobie drugiego tak naiwnego pilota! – warknął, gdy już trochę ochłonął. A raczej gdy już obmacał sobie portki sprawdzając, czy oby się nie zbłaźnił.
            Smok nareszcie usiadł, Manfred dostał skrzydłem po głowie. Przez chwilę siedział, zaciskając dłonie w pięści i próbując ignorować ból. Potem zwierzę odwróciło łeb, przyglądając mu się uważnie. Twarz owiało mu ciepłe powietrze, wydmuchiwane z nozdrzy smoka. Poczuł, jak rozczochrane uderzeniem włosy podnoszą się do góry. Nie było to przyjemne uczucie, o nie. Czuł się, jakby ktoś zdejmował mu skalp.
Wielkie, żółte i kocie, łzawiące oko wpatrywało się w niego intensywnie. Było to co najmniej krępujące.
            – Fokk… Er! – stwierdził smok. Manfred dosłyszał w tym przepraszającą nutę.
            A potem zdał sobie sprawę, że zaczyna chyba głupieć. Zwierzę i przepraszająca nuta? Też coś!
            – Nic. Nie. Szkodzi – powiedział jednak, tak dla ostrożności. Nie chciał oberwać ponownie, a przy tym zwierzęciu mogło mu się to przytrafić wcale łatwo.
            Praktycznie przyciśnięty do wilgotnej, zimnej ściany jaskini z trudem sięgnął po swoją walizkę. Uznał, że rozpakowywanie się jest bezcelowe, więc położył ją jak najdalej od czerwonego smoka. Siedział tak przez chwilę, z rękoma złożonymi na podołku, bezczynie. Bezradnie właściwie.
            Nie mam życia. Tylko pustka. Ja tu ginę, mamo!
            Co on będzie robił przez te wszystkie lata, jakie go czekają w siłach powietrznych? Przecież umrze na chroniczną melancholię, zajmując się czymś, co go w ogóle nie obchodzi! Strzeli sobie w łeb, jak Werter! Jak Antygona się zabije, wybierając mniejsze zło! Z drugiej strony, zaczęła się wojna. Kto wie, może nawet nie przeżyje swojej pierwszej potyczki?
            Nie ma co histeryzować. Histeria to przypadłość kobieca. Nie jestem kobietą.
            Na potwierdzenie swojej tezy pomacał się po portach raz jeszcze.
            Kto wie, może nie przeżyję nawet szkolenia?
            Smok położył się, zwinąwszy się w kłębek niczym salonowy piesek, nie! niczym straszliwa parodia salonowego pieska. Von Richthofen, przyglądając się parze wydobywającej się z nozdrzy pokraki, wiedział już, że tej nocy z pewnością nie zaśnie.
***
            Rzygał jak kot.
            Nie, nie wymiotował elegancko i dyskretnie, ani nie pluł żółcią. Na swoją nieelegancką przypadłość Manfred nie znajdował lepszego porównania, gdyż najwyraźniej jego organizm zdecydował, że ma wypluć własny żołądek. Tak więc, trzymając się kurczowo ogrodzenia wokół pola treningowego, rzygał jak kot, trzymając się za brzuch.
Rzygał długo, intensywnie, męcząco. W końcu wyprostował się, otarł rękawem twarz i usta.
            Na sąsiednim polu ćwiczyły smoki. Pod okiem starszych zwierząt i ich pilotów kręciły ósemki, korkociągi, pętle, trenowały przewroty, zwroty, loty nurkowe oraz loty w szyku bojowym. Stary i lądowania, choć wciąż nierówne i wyraźnie bezładne, wychodziły im jednak najlepiej.
Od samego patrzenia na te akrobacje  żółć podchodziła chłopakowi do gardła, ale mimo to musiał przyznać, że widok był niesamowity. Było coś, szczególnie w tych większych, starszych zwierzętach, co sprawiało, że pomimo ogromnej masy miały w sobie grację.
Dobrze się na to patrzyło, dopóki jego pokraka nie zepsuła szyku, wpadając na jakiegoś zielonego nieszczęśnika i zwalając się wraz z nim na ziemię. Łomot, łoskot, rumor i huk był taki, że von Richthofen skrzywił się mimowolnie. Miał cichą nadzieję, że jego potwór nie zabił zielonego biedaka. Nie chciał płacić za uszkodzenia, miał wrażenie, że jego rodzina, choć bogata, nie wygrzebałaby się z długu wobec armii niemieckiej przez następne dziesięć pokoleń. 
            Klnąc pod nosem, odwrócił się, by dyskretnie zerknąć w stronę hangaru. Tak jak się spodziewał, w wejściu stał Goering, przyglądając mu się z wyraźnie, aczkolwiek nieszczerze, zmartwioną miną. Manfredowi było wstyd. Wytrzymywał musztrę i mordercze ćwiczenia fizyczne, natomiast nie wytrzymał małpiego gaju, który zdawał się nie sprawiać najmniejszego problemu jego kolegom. Ale już od tych wszystkich huśtawek, pochylni, skoków i obrotów w powietrzu zrobiło mu się naprawdę niedobrze. Był zmęczony. Jedyne, na co teraz miał ochotę, to spakować się, wrócić do domu i wypiąć na nielicznych wujków oraz pociotków, którzy wojowali za Niemcy. W głębi duszy von Richthofen wiedział jednak, że nie może zrezygnować. To byłoby tchórzostwo!
            Małpi gaj był podstawą ich szkolenia. W ogromnym, blaszanym, łatwo nagrzewającym się hangarze, wysoko pod sufitem, zawieszono kilka… naście huśtawek oraz kilka pochylni, które rekruci musieli nauczyć się pokonywać w ekspresowym tempie. Na najwyższym poziomie rozwieszono między wąskimi platformami kilka lin. Major Fiegauf, ich trener, zapowiedział, że ukończywszy szkolenie będą się po tych linach poruszać jak prawdziwe małpy.
            I w pizdu poszły wszystkie romantyczne opowieści o życiu pilotów!
            Mając nadzieję, że krok ma mimo wszystko pewny i sprężysty, ruszył w kierunku hangaru. Zbliżywszy się wystarczająco, bez zdziwienia stwierdził, że Goering uśmiecha się drwiąco.
            Nic nowego pod słońcem.
            – Mógłbym dać ci przyjacielską radę? – zapytał Hermann.
            Richthofen miał wielką ochotę odpowiedzieć przecząco, ale był dżentelmenem, nie wypadało mu zrobić czegoś takiego, więc w odpowiedzi jedynie krótko skinął głową.
            – Poczytaj podręczniki awiacji.
***
            Manfred nie rozumiał rady Goeringa i już miał unieść się honorem, a o podręczniki nie zapytać, gdy na popołudniowych ćwiczeniach w małpim gaju znów zrobił z siebie głupka, wymiotując sobie wprost pod nogi, brudząc przy tym buty.
            – Gorzej być nie mogło – poinformował pokrakę, to znaczy swojego smoka, rzucając na siennik stos starych książek.          
Stwór leżał zwinięty (nadal) w kłębek, (nadal) niczym brzydka parodia salonowego pieska. Na głos swojego pilota otworzył jedno oko, a potem nieznacznie podniósł łeb. Wyraził większe zainteresowanie gdy ten zapalił lampę naftową, tak wielką, że równie dobrze mogła udawać salonowy zegar z wahadłem, a którą baron kazał sobie wstawić pomimo tego, że jego przestrzeń życiowa miała się przez nią ekstremalnie zmniejszyć. Manfred jednak nie zareagował na ruch swojego zwierzęcia. Zamiast tego rzucił się na siennik tuż obok opasłych tomów.
– Fokker? – wybełkotał smok pytająco, lecz jakoś bez entuzjazmu.
– A żebyś wiedział – mruknął Richthofen bezmyślnie, studiując spis treści. I wtedy go olśniło. – Słuchaj, pokrako. Pilot przeprowadzający szkolenie techniczne męczył nas dzisiaj, żebyśmy koniecznie nadali swoim smokom imiona. Nazwę cię właśnie tak – Fokker!
Smok milczał. Manfred uznał to za zgodę.
– Więc, Fokker, musimy to przeczytać. – Podniósł trzymaną w rękach książkę nieco do góry. – Ja, żebym więcej nie rzygał, a ty, żebyś przestał wpadać na inne smoki.
Fokker przekręcił łeb i teraz patrzył na niego tylko jednym okiem. Jak pies, gdy mu powiedzieć, że czas na polowanie. To spojrzenie było tak niepokojące, że Richthofen aż się wzdrygnął.

– Nie możemy już nigdy więcej zrobić z siebie pośmiewiska. 

czwartek, 1 sierpnia 2013

Pożar

Tekst ten miał się znaleźć w zupełnie innym opku, ale się nie znajdzie, bo opko wciąż nienapisane i zapowiada się, że takie pozostanie. W efekcie wyszedł mi bardziej obrazek niż cokolwiek innego. Chociaż nie, nie obrazek. Dla świętego spokoju nazwijmy to cosiem. A że mamy pierwszy sierpnia, to temat cosia nawet pasuje. Kto zgadnie kiedy, gdzie i dlaczego?

            Kiedy już hurgot silników ucichł, otworzył oczy. Przez chwilę oddychał głęboko, nadstawiając ucha, jednak nie słyszał już samolotów. Przeleciały. Co ciekawe, nie słyszał też huku spadających bomb, tylko ten coraz cichszy odgłos oddalających się bombowców. Czy to możliwe, żeby tego nie słyszeć? Przecież ostatnio słyszał! By sprawdzić wszystkie teorie, otworzył usta i poruszył szczęką, ale nic się nie wydarzyło. Nie miał więc zatkanych uszu. Ogłuchnąć też nie ogłuchł, słyszał przecież własny, w tej względnej ciszy, przeraźliwie głośny i ciężki oddech. Serce waliło mu jak opętane, a w głowie trochę się kręciło. Wstał jednak, pamiętając, by nie prostować się zbyt gwałtownie. Gdyby to zrobił,  uderzyłby głową w niski strop.
            Piwnica, w której mieszkańcy kamienicy ukryli się przed nalotem, była ciasna, ciemna i śmierdząca. Teraz na dodatek cuchnęła spoconymi ciałami. Dosyć intensywnie i ohydnie. Kiedy wziął kolejny oddech, zdecydowanie stwierdził, że powinien już znaleźć się na świeżym powietrzu.
Zazdrościł ludziom na obrzeżach miasta ich prywatnych, małych schronów w ogródkach. Tam na pewno nie cuchnęło potem, nie było ciemno ani tak wilgotno jak w tej piwnicy. Albo w ogóle mieszkać na wsi! Byłoby klawo! Tyle by dał, by urodzić się w rodzinie bogaczy i wychowywać na prowincji. Tam na pewno wojna nie dociera, nie do dobrze urodzonych.
            Zgromadzeni w piwnicy mieszkańcy patrzyli na niego tylko, co gorsza, z wyraźnym przestrachem. Nie chcieli, żeby wychodził, ponieważ uważali, że to jeszcze nie koniec. Matka próbowała go zatrzymać, ale wystarczyło, że rzucił jej jedno znaczące spojrzenie, a ona puściła go wolno. Spuściła głowę i zgarbiła się jeszcze bardziej. Zawsze uważał, że była dobrą kobietą, ale zdecydowanie za łatwo rezygnowała i zbyt mocno zginała kark z byle powodu. Teraz to wykorzystywał, choć i tak nie uważał, że to dla niej dobre.
            Rozpychając się łokciami, depcząc ludziom stopy, dotarł jakoś do drzwi wejściowych, które na szczęście otwierały się na zewnątrz. Opuścił skobel, nacisnął klamkę, ale nic się nie stało. Drzwi były nadal zamknięte. Starając się nie kląć na głos, pchnął je barkiem, dopiero wtedy się otworzyły. Do piwnicy wpadło nieco powietrza. Niekoniecznie świeżego, ale na pewno nie tak stęchłego jak to wewnątrz. Mrużąc oczy, wciąż nieprzyzwyczajone do światła, choć tak naprawdę była już noc, ruszył po schodach na górę. Wyszedłszy na klatkę już wiedział, że coś jest nie tak. Przez otwarte drzwi wejściowe widział biegnących ludzi. Widział też dym, który rozpływał się gdzieś wysoko na nocnym niebie.
Nie wiedział więc, czemu nie słyszał wizgu opadających bomb i huku tych trafiających w cel. Dlaczego? Może wyparł to ze świadomości? Może.
Gdy już znalazł się na ulicy, doskonale wiedział, co się stało. Dom na końcu sąsiedniej ulicy płonął. Niewiele myśląc, ruszył przed siebie, najprawdopodobniej gnany tą samą siłą, co reszta ludzi. Nie obejrzał się nawet, czy pozostali już wyszli z piwnicy. Po prostu szedł, gapiąc się na zniszczenia jak zaczarowany. Co prawda w mieście od dawna obowiązywało zaciemnienie, ale pożar był na tyle potężny, że oświetlał wszystko lepiej niż lampy uliczne.
Kamienica była najwyższa w okolicy, bo liczyła aż cztery piętra. To znaczy jeszcze wieczorem liczyła cztery piętra, teraz zostało z niej trochę gruzów i fragment pierwszego piętra. Wydawało mu się, że widzi meble we wnętrzach mieszkań, które pożerał ogień. Chciał podejść bliżej, ale było tak gorąco, że mógł jedynie stać po przeciwnej stronie ulicy. Ogień wydostawał się też przez okna na parterze, z pewnością wybite siłą uderzeniową, liżąc mur. Nagle coś zachrobotało, huknęło i pierwsze piętro zawaliło się.  Domyślił się tego dopiero po chwili, gdy już podniósł się z chodnika, przestał kasłać i jako tako otrzepał ubranie z pyłu.
Z całej kamiennicy został fragment muru i ściana nośna, która sterczała niczym kikut, oświetlona na czerwono-pomarańczowo.
Wyglądało to przerażająco, bez dwóch zdań.
Płomienie strzelały na kilka metrów w górę. Istniało niebezpieczeństwo, że pożar szybko się rozprzestrzeni, ale dziwnym trafem gromadził coraz więcej gapiów. Powychodzili już ze swoich schronów i teraz, podobnie jak on, po prostu stali, bezmyślnie i bezczynnie. Nikt nie pomyślał nawet o tym, by zacząć gasić ogień.
Nagle dotarło do niego, że w piwnicach tego domu też ukrywali się ludzie.  Czy ktoś nie powinien próbować ich wyciągać? Jakoś pomóc? Czemu wszyscy stoją i po prostu się patrzą, skoro ogień za chwilę sięgnie kolejnej kamienicy? Dlaczego on nic nie robi? Trzeba jakoś pomóc tym ludziom, uwięzionym w środku.
Ale teraz? Jacy tam to teraz ludzie?

poniedziałek, 1 lipca 2013

Le Diable Rouge? cz.1

AU, I wojna światowa, jedno z dziwniejszych opkek, jakie udało mi się popełnić. Absurd na absurdzie i absurdem pogania. Parodia książek Novik i opek fantasy w ogóle. Trochę. No dobra, bardzo. Ale jednocześnie jest to parodia na mojego idola, pilota-legendę Manfreda von Richthofena i mój fangirlizm Właściwie bardziej na mój fangirlizm. Dziś prezentuję część pierwszą, planowanych jest pięć, góra sześć. Wciąż tworzę. 


Baron Manfred von Richthofen był niezadowolony. To nie tak, że generalnie nie był zadowolony z życia. Aktualnie posiadał bardzo poważne powody, by być niezadowolonym i wyraźnie pokazywał, jaki ma humor. Całe pokazywanie skończyło się na upartym siedzeniu na korytarzu, na które absolutnie nikt nie zwracał uwagi. Podróż była długa i męcząca, pociąg chybotał się na wszystkie strony, więc baron myślał, że wytrzęsie tu duszę, ale nie miał zamiaru łamać się z powodu kilku niedogodności. Starszy Pan, bo tak zwykł nazywać swojego ojca, nie byłby zbyt szczęśliwy, gdyby okazało się, że jego pierworodny jest zbyt miękki, by służyć w armii. W elitarnej jednostce, w jedynym w swoim rodzaju  Luftstreitkräfte, wojsku lotniczym.
Sam Manfred, gdyby ktokolwiek pytał go o zdanie, wolałby wojować jako kawalerzysta. Na kawalerzystę go wyuczono, taki mundur nosił. Właśnie, mundur! Mężczyzna podniósł się gwałtownie, nerwowo wygładzając zagniecenia na kurtce mundurowej. Spróbował przejrzeć się w szybie, ale niewiele zobaczył. Poprawił więc opadającą na oko grzywkę. Włosy były niemiłe w dotyku i przetłuszczone – ot, niedogodności podróży, drobnostka. „Szlachectwo za mydło” pomyślał jednak, pozwalając dojść do głosu wygodnickiemu szlachetce, który siedział w nim gdzieś głęboko.
Usłyszał charakterystyczny dźwięk odsuwania drzwi przedziału.
– Cóż to, Richthofen, niewygodnie? – zapytał wysoki brunet o pociągłej twarzy. Chociaż się śmiał, ciemne oczy patrzyły na Manfreda z uwagą. Baron uśmiechnął się czarująco i nieszczerze.
– Wprost przeciwnie, ale dziękuję za troskę, Goering – odparł. Drzwi przedziału zamknęły się natychmiast.
Manfred uznał, że powinien przejść się na krótki spacer korytarzem. Ruszył niepewnie przed siebie, bo nogi miał zdrętwiałe oraz nieczułe, cholerne kołki. Nie mógł już dłużej siedzieć na miejscu, nie tyle z powodu bólu, co z powodu strzępków rozmów, które docierały do niego pomimo zamkniętych drzwi. Nie zniósłby ani minuty dłużej tych podnieconych rozmów, tego planowania, kto, gdzie, na czym i ilu wrogów zestrzeli. Robiło mu się od tego niedobrze. Chociaż to też mogła być wina chybotliwego, rozklekotanego środka transportu.
Wojsko lotnicze miało swoje ośrodki szkoleniowe w Alpach, ponieważ nikt nie życzył sobie, by trenowano smoki w pobliżu ludzkich siedzib. Baron rozumiał to doskonale, w końcu to nie takie małe, słodkie zwierzaczki. W obawie przed wrogim wywiadem poborowych przewożono zwykłymi pociągami. Poligony na niewyraźnych fotografiach, które widział przed wyjazdem, wyglądały jak prawdziwe pola bitewne. Takie na których walczyła konnica.
W zbrojach.
Tradycyjną bronią i metodami.
Potrząsnął głową, starając się o tym nie myśleć. Przeciętna długość życia asa w czasach pokoju to czterdzieści, może pięćdziesiąt lat, co brzmiało wyjątkowo dobrze i zachęcająco, szczególnie jeśli się spojrzało na relatywnie wysoki żołd i przywileje. W czasie wojny długość życia liczyło się jednak w potyczkach, nie w latach. Asem zostawało się po czterech zwycięstwach. Tacy, którzy mieli po dziesięć lub kilkanaście zwycięstw, byli bohaterami zbiorowych fantazji ciemnych, niewykształconych cywili. Ale z morale wojska te opowiastki również działały cuda, nie da się zaprzeczyć. A poza tym naszywki wojsk lotniczych to prestiż. Kobiety również uwielbiały pilotów, których wciąż jeszcze z francuska nazywano „smoczymi jeźdźcami”. Jeźdźcami! Co za idiotyzm! Co za staroświeckość!
Manfred nie ukrywał, że uważa obecną formę Luftstreitkräfte za przeżytek. Smoki są niepraktyczne, zwyczajnie nieopłacalne. Może w czasach rewolucji francuskich i ruchawek na południu Europy były przydatne, bo pokazywały siłę imperium, ale obecnie? Kiedy technika tak poszła do przodu? Richthofen uważał, iż smoki należało wymienić na coś, co bardziej przystaje do czasów, coś… Nowoczesnego. Nie miałby nic przeciwko, gdyby miejsce ziejących ogniem kreatur zajął wynalazek braci Wright: samolot. To dopiero byłby prestiż!
Ale nikt go o zdanie nie pytał. A powinni. Richthofen czuł, że jest Bismarckiem sił powietrznych.
***
Poligon wyglądał dokładnie tak, jak na fotografiach: wielkie, puste pole pełne wilczych dołów i resztek drewnianych konstrukcji, teraz spalonych, więc nie przypominały niczego. Baron nie był w stanie powiedzieć, czym mogłyby być przed spaleniem.
Było ich dziesięciu: on, Goering, Wolff i ci, których nazwisk nie miał już ochoty poznawać. Ubrani w mundury wojsk powietrznych ludzie zabrali ich tu wprost z pociągu. Manfred poważnie martwił się o swój bagaż. Przestał, kiedy zobaczył smoki. Zresztą, zdaje się, że właśnie przestał myśleć o czymkolwiek, patrzył tylko.
 Zwierzęta, wciąż jeszcze za małe, by móc na nich latać, wyglądały potężnie. No, przynajmniej większość z nich. Baron zlekceważył narastający wśród poborowych szept, nie skomentował słów stojącego obok chłopaka, wzruszył ramionami. Smoki, prowadzone przez niskiego mężczyznę o krótkich nogach kawalerzysty, przedefilowały przed poborowymi: małe zielone z krótkimi skrzydłami, szare o długich skrzydłach, nawet dwa białe krótkoszyje, tak zwane Albatrosy. Manfred nie znał właściwych nazw połowy z nich. Smoki, to musiał przyznać, prezentowały się wyjątkowo dobrze, choć nieco przerażająco. Richthofen czuł, że ma serce gdzieś w gardle, jeszcze chwila, a je wypluje. „Czego tu się bać?” pomyślał, by choć trochę się uspokoić. Nie bardzo pomogło.
Dopiero po chwili zorientował się, że jego nowi „koledzy” śmieją się z czegoś. Zamiast rozmyślać o uwięźniętym w gardle sercu, ponownie skupił się na smokach. Już wiedział, co przyciągnęło ich uwagę: za wszystkimi tymi zielonymi, białymi i w ciapki ciągnął się smok czerwony. „Ciągnął się” to zresztą niewystarczające określenie: on się niemal turlał, kolebiąc z boku na bok, człapał zwyczajnie i bez gracji. Nie to było jednak najgorsze w tym obrazku. Manfred musiał przyznać, że nigdy w życiu nie widział takiej szkarady: czerwony smok miał krótkie, zbyt krótkie, gruzłowate łapy, nienaturalnie długą szyję oraz długie skrzydła, których nie mógł należycie złożyć ze względu na dziwne rozmieszczenie łap. Łeb – mały, pysk – szeroki. Słowem, smok wyglądał jak siedem nieszczęść. Jak pozszywany z kawałków innych smoków, które padły. Biedna szkarada.
W czasie kiedy Manfred przyglądał się czerwonemu smokowi, pilot prowadzący tę małą defiladę ustawił zwierzęta naprzeciw poborowych. Richthofen pochylił się ku stojącemu obok Goeringowi i wskazując palcem smoczego Frankensteina, zapytał:
– Co to za nieszczęście?
– Nieszczęście? – zapytał Hermann zdziwiony.
– Ten smok. Ostatni, czerwony.
– Ach, ten… – Goering uśmiechnął się dziwnie. – Nikt z nas nie myślał, że go w ogóle wystawią. To eksperyment wojska: krzyżówka Albatrosa z Zielonym Górskim. Nazwali go Cesarski Czerwony. Ironia losu, prawda? Taka pokraka, a jednak Cesarski. Wilhelm się raczej nie cieszy z takiego prezentu od Luftstreitkräfte.
– Tak. Tak sądzę – odrzekł na to Manfred, udając, że wcale nie jest zadowolony. Te informacje to rewelacja, gwóźdź do trumny przestarzałych wojsk lotniczych!
W międzyczasie smoki były podporządkowywane do poborowych. Richthofen, zajęty projektowaniem listu do dowództwa w sprawie unowocześnienia armii, nie zauważył, że przyprowadzono mu Cesarskiego Czerwonego. Z marzeń wyrwał go dopiero skrzek zwierzęcia. Zaklął szpetnie, zdając sobie w końcu sprawę z tego, co się stało. Cała radość gdzieś znikła. Zupełnie.
– Fokk… Er? – skrzeknął na to smok. – Fokk…Errr! – podskoczył niezdarnie na swoich krótkich łapach. Wyglądał jak nieforemny pagórek. O ile pagórki mogą mieć błoniaste skrzydła. – Fokk…Er! – powtórzył po raz trzeci.
Baron zaśmiał się nerwowo. Udając, że wcale się nie boi, wyciągnął dłoń i poklepał smoka po łbie.
– Ładnie gaworzysz, pokrako – mruknął, by nikt nie mógł go usłyszeć.
– Fokker!
– No, teraz na pewno będzie twój! – do dziwacznej wymiany zdań wtrącił się krzywonogi pilot. Manfred westchnął. – Teraz będzie twój,  he he
– Fantastycznie – wycedził przez zaciśnięte zęby. – O tym właśnie marzyłem: być pośmiewiskiem Luftstreitkräfte.

– Fokker! 

środa, 19 czerwca 2013

Stefan Nemanja

Króciuteńkie opowiadanie napisane bardzo, ale to bardzo dawno temu. Trochę sobie pokpiwam z "Zakazanego imperium" i moich studiów, ale tylko trochę. 

       Blondynka przyglądała się Statui Wolności, paląc od niechcenia papierosa. Tak naprawdę kątem oka obserwowała dwóch stojących niedaleko mężczyzn. Kłócili się o jakiś szczegół, najprawdopodobniej o szmuglowany alkohol.
     Był rok tysiąc dziewięćset trzydziesty, kryzys jeszcze się nie skończył, a zasady prohibicji dręczyły ludność. Kobieta podejrzewała, że była ona dotkliwsza nawet od braku pracy i pieniędzy.
        Gloria Rush, bo tak nazywała się dziewczyna, atrakcyjna dwudziestoletnia, jasnowłosa oraz zielonooka mieszkanka Nowego Jorku, większość swojej uwagi poświęcała teraz temu z mężczyzn, który stał odwrócony do niej twarzą. Spodobał się jej - był wysoki i barczysty. Jego dość przystojna twarz o silnie zarysowanej szczęce i ostrych rysach, ozdobiona po męsku złamanym nosem, była jednocześnie złagodzona przez chabrowe, (matka powiedziałaby: anielskie) oczy. Spojrzał na nią, wciąż jeszcze pełnym złości spojrzeniem. Był od niej co najmniej pięć lat starszy. Jeśli nie dziesięć. Na pierwszy rzut oka ciężko to było określić.
         Wszystko jedno.
         Podobał jej się.
        Niespeszona, strząsnęła popiół na chodnik, po czym zgasiła papierosa na barierce. Mężczyzna wcisnął mocniej kapelusz na  uszy i odwrócił wzrok. Gloria nieznacznym ruchem głowy poprawiła swoją fryzurę tak, aby długie, jasne sploty loków opadały na jej ramiona w jeszcze bardziej kuszący sposób, a potem rozluźniła zapięcie kolczyków. Wyprostowała ramiona i dumnie ruszyła przed siebie, mijając nieustannie kłócących się mężczyzn. Kiedy przechodziła obok tego o chabrowych oczach potrząsnęła głową, z ledwością hamując uśmiech, kiedy usłyszała brzęk złotej biżuterii. Nie oglądała się jednak za siebie. Czekała na jego ruch.
       – Przepraszam! Proszę pani! – Usłyszała niski, przyjemny głos z dziwnym akcentem. Ni to irlandzkim, ni rosyjskim. Odwróciła się na pięcie, przywołując na twarz miły uśmiech. Stanęła oko w oko z Chabrowym.
        – Tak? – zapytała.
     – Zgubiła pani kolczyk – odpowiedział, podając jej zgubę na wyciągniętej dłoni. Musiała się mocno skupić, by rozpoznać poszczególne słowa. - Chyba nie chce mieć pani biżuterię nie do pary – dodał, gdy nie zareagowała.
    – Oczywiście – odparła, obdarzając go promiennym uśmiechem. – Nie zauważyłam, że go zgubiłam. Dziękuję, panie...? – przerwała, patrząc na niego wyczekująco. Zrozumiał.
      – Nemanja. Stefan Nemanja – przedstawił się. Gloria uśmiechnęła się, a potem odeszła.
      Poczeka tu na niego jutro. Na pewno przyjdzie.
      Zawsze przychodzą.
***
            Stefan Nemanja nie wiedział, co właściwie powinien teraz zrobić. Właśnie dowiedział się, że alkohol do celów medycznych, który miał załatwić jego wspólnik, będzie kosztował go dwa razy drożej, a on nie miał tyle pieniędzy.
            Stefan Nemanja dopiero startował. Do tej pory razem z ojcem zajmował się nielegalnym hazardem, ale produkcja alkoholu wydawała mu się bardziej dochodowa.
            Stefan Nemanja chciał być królem Nowego Jorku. Miał dzielić i rządzić, a jego wiernymi poddanymi mieli być spragnieni nowojorczycy. Chciał być tak silny oraz uwielbiany jak jego starożytny imiennik, założyciel państwa serbskiego, pierwszy z dynastii. W końcu nazwisko zobowiązuje.
         Niemniej jednak Stefan Nemanja nie miał ani renomy, ani nawet nie założył dynastii. Chociaż ta dziewczyna ze złotymi kolczykami... Złoto na pewno było prawdziwe, czuł jego ciężar na dłoni. Może ona umożliwiłaby mu wreszcie dobry start? Biznes zaczął się rozkręcać pół roku temu, ale szło mu jakoś niesporo. Robił interesy jedynie z „makaroniarzami“, podczas gdy wszyscy doradzali mu „iroli“.
         Stefan Nemanja nie lubił, kiedy mu doradzano. Ojciec zawsze powtarzał, że to właściwa cecha każdego Nemanjicia. Stefan nie miał pojęcia, skąd stary to wiedział, na pewno nie przeczytał tego w żadnej książce, bo ledwo umiał się podpisać. O poprawnym posługiwaniu się angielszczyzną nie wspominając.
         W Stefanownym domu mówiło się tylko i wyłącznie po serbsku, co napawało go dumą. Rzecz oczywista, niemal nie pamiętał Serbii, gdyż wyjechał mając lat dziesięć, ale nadal lubił pisać cyrylicą albo śpiewać pobożne pieśni ze swoją pomarszczoną, zgryźliwą babką, która z pewnością miała więcej niż sto lat. Właściwie równie dobrze mogła pamiętać czasy pierwszego Stefana Nemanji. To na pewno ona nakładła ojcu do głowy tych głupot o Nemanjiciach.
          Ojciec cały czas powtarzał, że Stefan powinien podtrzymywać serbskość, ale jak dotąd nie poznał żadnej interesującej Serbki. Ba, dość powiedzieć, że absolutnie nie poznał ani jednej Serbki. To żony „makaroniarzy“ były dlań bardziej interesujące, na Serbkach znał się jak kura na pieprzu. A myśl, iż jego serbska żona mogłaby się kiedyś zamienić z zrzędliwą dewotkę pokroju babki, napawała go prawdziwym przerażeniem.
         Stefan Nemanja miał trzydzieści lat i nie myślał o ożenku. Myślał o swoim biznesie, który dziś wyglądał wyjątkowo mizernie. Jak pierwszy Nemanjić kiedy był już mnichem Symeonem.
     Stefan zaklął pod nosem. Po serbsku, ale wcale tego nie zauważył. Skąd mu się biorą te idiotyczne porównania?! I dlaczego wszystko porównuje do cara?!
        Pogwizdując pod nosem przebiegł przez park. Znalazł się już w dobrze znanej, ruchliwej części miasta. Był wczesny wieczór. Po ulicach mknęły Fordy i samochody marki Rolls-Royce, której to nazwy młody Nemanjić nigdy nie potrafił wymówić poprawnie. Stefan nie miał nawet roweru, ale obiecywał sobie, że jak już zostanie nowojorskim królem, to kupi sobie takich samochodów co najmniej pięć. Albo nawet siedem, na każdy dzień tygodnia inny. Budowanie swojej pozycji – a tym samym utratę zarobionych środków – zaczął od kupna dobrze skrojonego, granatowego garnituru w białe prążki, który podczas przechodzenia przez park przybrudził mu się nieco.
         Pochylił się, otrzepał nogawkę spodni, a potem wszedł na jezdnię.
         Usłyszał klakson, lecz zareagował zbyt późno.
       Stefan Nemanja zginął w najbardziej idiotyczny ze sposobów: potrącony przez ciężarówkę wiozącą ładunek alkoholu przeznaczonego do celów medycznych, który miał być dostarczony do jego własnej, małej, nielegalnej bimbrowni.

         Bóg czasem nadużywa losu i jego ironii.